Polska groza, czyli rodzimy autorzy dorównujący Kingowi

Polska groza, czyli rodzimy autorzy dorównujący Kingowi

Zastanawiam się jak to jest, że USA ma jednego Stephena Kinga, natomiast Polska ma ich przynajmniej pięciu. Od jakiegoś czasu obserwuję zjawisko, którego nawet nie chcę nazywać, a które najwyraźniej zdaniem marketingowców stało się tak popularne, że można je swobodnie rozpowszechniać licząc na zysk (?) dla wydawnictwa i autora. Szkoda tylko, że biedny Czytelnik zdany jest na łaskę losu, nierzadko zaciskając zęby z bezradności wywołanej tym, że został oszukany. Oczywiście, Czytelnik wie, że nazwisko autora książki znajduje się na froncie okładki, pisane nierzadko WIELKIMI literami. Ale skąd ma u licha wiedzieć, że komentarz wydawcy informujący (i powielany w mediach), że autor bestsellerowego bestsellera, Jan Kowalski, będący drugim Stephenem Kingiem (sic!), to zwykła ściema? Oczywiście, wielu wie, że to ściema, bo King jest tylko jeden; a tego typu porównania powinny budzić ogólną litość. Ale jednak wciąż zaczytujemy się w nowych polskich Stephenach Kingach! I tu wychodzi na wierzch problem. Spece od reklamy robią sobie z Czytelnika jaja? A może Czytelnik to naiwna jednostka i jest oszukiwany niejako na własne życzenie?

Sytuacja na polskim rynku wydawniczym jest trudna, nie da się zaprzeczyć. Dobrze, to znaczy z sympatycznym zyskiem dla wydawnictwa i autora, sprzedają się jedynie bardzo znane nazwiska. Jak wiadomo, i co jest absolutnie zrozumiałe, każdy chce zarobić, wyrwać trochę grosza dla siebie, pójść na piwo bez lęku, że nazajutrz nie będzie miał co do garnka włożyć. Lecz czy na pewno nie stać nas na lepszą reklamę pisarzy i ich książek?

Gdy po raz pierwszy zetknąłem się z książką Jana Kowalskiego, promowanego jako Stephen King Polskiej Grozy! czy też Polski Stephen King!, pomyślałem sobie: Fajnie, wszystkiego trzeba spróbować. Szkoda tylko, że po lekturze rodzimego Kinga pozostał delikatny niesmak. Bo historia, choć niezła, nijak nie podobna do żadnej z kingowskich. Ani fabularnie, ani narracyjnie, ani stylistycznie Jan Kowalski nie jest choćby podobny do króla horroru. W porządku, jeden polski kulawy King nie zawadzi, dumałem swego czasu. Ale gdy pojawił się kolejny, a potem jeszcze jeden Stephen King Polskiej Grozy, rozbolała mnie głowa.

Zapewne miłe dla autora jest porównanie jego takiej czy innej książki do twórczości mistrza gatunku, ale granica pomiędzy odczuwaniem przyjemności, a zażenowaniem, wynikająca z intensywności takich porównań, jest, jak podejrzewam, coraz bardziej cienka. A samo porównywanie Kowalskiego czy Nowaka do Kinga, krzywdzące jest nie tylko dla polskich twórców, ale i Czytelników.

Jako czytelnikowi pochłaniającemu tygodniowo dwie książki, a także jako autorowi horrorów, zdecydowanie bardziej uczciwa, wiarygodna i zachęcająca wydaje się reklama, w której autor powieści pozostaje sobą: Dumnym Twórcą Polskiej Grozy, po prostu Janem Kowalskim.

Bo tak jest uczciwiej. I poważniej. Bo polski autor horroru również potrafi pisać, ma swoją wizję rozwoju gatunku i własne pomysły, których nie musi się wstydzić. Nie trzeba się podpierać Kingiem. To nieładnie wygląda. I jest zbędne.

Stephen King jest jeden. Wielu rodzimych pisarzy dorównuje mu stylem i pomysłami. Nie inaczej. Może nawet są lepsi od niego. Józef Nowak czy Jan Kowalski. Autorzy Polskiego Horroru. To naprawdę brzmi dumnie!

Do wszystkich piszących horrory, tych, którzy wychowali się na Kingu, Lovecrafcie, Barkerze, Mastertonie: promujmy się jako Autorzy Polskiej Grozy. Jako twórcy oryginalni. Nie jako naśladowcy. Nie dajmy się zwariować dla kilku dodatkowo sprzedanych egzemplarzy. W dodatku sprzedanych nieuczciwie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.